piątek, 29 listopada 2013

Rozdział 10

Tego na pewno się nie spodziewałam. Gdy tylko przekroczyliśmy metalową bramę od razu podeszło do nas kilku typów. Żadnego z nich nie chciałabym spotkać w ciemnej ulicy.

-Deadly już myślałem, że nie przyjdziesz. Słyszałem o całej akcji z Donavanem, zawsze wiedziałem, że to frajer.- odezwał się ten z samego przodu grupy po czym skierował swój wzrok na mnie.- Twoja nowa zabawka? 

Że co kurwa? Strząsnęłam rękę Liama, żeby wyglądać na bardziej niezależną. Nienawidziłam, gdy ktoś uważał mnie za słabą. A jeszcze bardziej gdy ktoś mnie nie szanował i traktował przedmiotowo. Przybliżyłam się do tego typa nabierając chwilowej pewności siebie spowodowanej gniewem.

-Żadna kurwa, nowa zabawka- rzuciłam i wyminęłam go trącając przy tym ramieniem. Super Scarlette, znowu się pakujesz w coś czego będziesz później żałowała. Odetchnęłam głęboko uspokajając się. Teraz już i tak nic nie zmieni. Ruszyłam przed siebie nie bardzo wiedząc gdzie iść. Jedyne czego byłam pewna to, żeby się nie odwracać. 

Przyspieszyłam i tak już szybki krok. Wokół było pełno stojących w grupkach ludzi stojących wzdłuż toru. Na jednej linii stało 5 samochodów w równych odstępach. Na pozór wyglądały dość normalnie, ale domyślałam się jak można je rozpędzić. Przy każdym z nich ktoś się kręcił. Kierowcy, ludzie poprawiający ostatnie rzeczy i zwykli gapie. Podeszłam do pierwszego auta, przy którym było najmniej ludzi, chcąc przyjrzeć mu się z bliska. Tak naprawdę nie wiedziałam co mam robić, nie chciałam stać sama bezczynnie, a to było pierwsze co mi przyszło do głowy. Przejechałam ręką po masce. Muszę przyznać, że lubiłam szybkie samochody, zabójczą prędkość. Nie byłam blacharą, po prostu lubiłam adrenalinę. 

-Podoba ci się? Chciałabyś wziąć udział w wyścigu? Oczywiście na miejscu pasażera- spojrzałam na wysokiego blondyna, który pojawił się obok mnie. Miał bezczelny uśmiech na twarzy i biła od niego ogromna pewność siebie. W sumie kto mi zabroni? Przez ostatnie kilka brałam udział w wydarzeniach niczym z filmu akcji. Więc nic gorszego tym razem nie mogło mi się przytrafić. Poza tym nadal byłam zła. 

-W sumie to-

-Nie chce- tuż obok mnie pojawił się Payne zabijając go wzrokiem.-Zjeżdżaj. 

-Wybacz Deadly,nie wiedziałem, że jest z tobą- pewność siebie blondyna ulotniła się w błyskawicznym tempie i już chciał odejść.

-Chcę jechać z tobą w wyścigu- rzuciłam za nim. Nie wiem co mnie podkusiło. Czułam na sobie mrożący wzrok bruneta.

-Zapomnij. Nie jestem samobójcą- usłyszałam w odpowiedzi i odszedł zostawiając nas samych. Będzie się teraz działo. Przełknęłam ślinę. 

-Co to było?

-Wystraszyłeś go. Chciałam wziąć w tym udział. 

-Słuchaj, jeśli lubisz szybką jazdę to wystarczy powiedzieć. Dałbym ci nawet jeden z naszych samochodów, ale to jest coś innego. Jedno złe słowo i masz wrogów w połowie miasta. Chodź, zaraz się wszytko zacznie- z każdym słowem jego oczy robiły się coraz jaśniejsze, mogłam zauważyć jak powoli znika z nich złość. 

-Nie będę twoją zabawką. Nie wiem ile ich było i jakie były, ale nie będę jedną z nich- dalej byłam trochę zła.

-Wiem. Jesteś inna. On też to zrozumiał- powiedział z łobuzerskim uśmiechem wskazując na tego typa, z którym przeprowadziłam niedawno "miłą pogawędkę". Omijał nas wzrokiem. Widać Payne też z nim trochę "porozmawiał".- Chodź już. 

Wzruszyłam ramionami i ruszyłam w stronę tłumu. Ustawiliśmy się jak najbliżej toru, żeby wszystko dobrze widzieć. Liam stanął za mną obejmując w talii. Nie będę oszukiwać samej siebie, czułam się bezpieczniej jak był obok.

-Co powiedział po tym jak poszłam? Mam kłopoty?- zapytałam dość cicho. Emocje opadły i zaczął pojawiać się strach. 

Brunet zaśmiał się. 

-Nie był zadowolony, ale wie, że się nie boisz. 

-Chwilowo. Gdyby nie to, że mnie wkurzył bałabym się cokolwiek powiedzieć- mruknęłam pod nosem.

-Podobało mi się to jak zareagowałaś. Właśnie tym się różnisz. Większość dziewczyn spuściłabym głowę i nic nie powiedziała. 

-Nie wiem czy to dobrze. Gdybym czasami się zamknęła i nic nie robiła, nie miałabym problemów. 

-On ci nic nie zrobi. Nie odważy się- w głos chłopaka wkradła się jakby groźna nuta, a oczy znowu pociemniały. Wzdrygnęłam się. Nigdy nie chciałabym się, żeby jego gniew skierował się przeciw mnie. Domyślałam się do czego był wtedy zdolny. Moje rozmyślania przerwał nagle głośny krzyk dopingującej publiczności. Wyścig się rozpoczął. Skupiłam wzrok na samochodach. W życiu czegoś takiego nie widziałam. Zawrotna szybkość, coraz jeden uderzał w drugiego starając się zepchnąć go z toru. Wszystko, aby tylko wygrać.

-Co jest nagrodą?- zapytałam po pierwszym kółku.

-Prestiż. Jakieś pieniądze też, ale głównie prestiż.

Ryzykowali życie dla tego? Dla zabawy, niezła rozrywka. Nagle jeden z samochodów wypadł z toru i uderzył w betonowy murek od strony pasażera. Rozpoznałam go. Kierował nim ten blondyn, z którym rozmawiałam przed wyścigiem. A na tym miejscu...

-Miałam tam jechać- przełknęłam głośno ślinę.

-Nie pozwoliłbym ci- jego pewność trochę mnie uspokoiła. Muszę nauczyć się myśleć mniej lekceważąco, bo za kilka dni będę sama musiała o siebie dbać, jego nie będzie już obok. Dam sobie radę, jak do tej pory.

Nie myślałam o tym więcej, wciągnęłam się w rywalizacje, która odbywała się na moich oczach. Miałam już swojego faworyta. Muszę przyznać, że nawet oglądając z boku było to pełne emocji. Wiedziałam już dlaczego tak dużo ludzi przyszło na tor. Gdybym mogła sama przychodziłabym tu za każdym razem. Ostatnie kółko. Zostało ich 3. Czwarty skończył po ostatnim kółku. Jednak wtedy zrobiło się jakieś zamieszanie.

-POLICJA!

No tak. Wszystko co tu się dzieje, jest nie legalne. Poczułam jak Liam ciągnie mnie za rękę w stronę parkingu. Wróciłam myślami do rzeczywistości i zaczęłam za nim biec. Nie było to łatwe w butach na obcasach, więc w biegu zdjęłam je w wzięłam w rękę. Tak lepiej. Przyspieszyłam jeszcze bardziej. Wokół nas było pełno uciekających i krzyczących ludzi. W końcu. Samochód Liama. Wśliznęłam się na miejsce pasażera i gdy tylko zamknęłam drzwi ruszyliśmy. Słyszałam dźwięk syren za nami. Payne miał skupiony na drodze wzrok i spokój wymalowany na twarzy. Jakby wiedział co robi. Złapałam się rączki przy drzwiach gdy nagle skręciliśmy w mało uczęszczaną. Kolejny zakręt i znowu jesteśmy na drodze o większym ruchu. Wymijaliśmy samochody jak pachołki. Następne dwa zakręty i zaczęliśmy jechać trochę wolniej. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że nie słychać już syren. Udało się. Zgubiliśmy ich.

-Tego wieczoru to na pewno nie zapomnę- mruknęłam cicho jak mi się wydawało. Odpowiedział mi śmiech. 

piątek, 22 listopada 2013

Rozdział 9

Skończyłam właśnie malować rzęsy i chyba byłam już gotowa. Dalej nie wiedziałam czy dobrze sie ubrałam. Co to w ogóle było? Przyjacielski wypad? Kolacja w ramach "podziękowań"? Zwykła impreza? Randka? Nie spodziewałam się, że pójdziemy do kina, czy jakiejś mega romantycznej kolacji przy świecach. Nie chciałam nawet czegoś takiego. Nie byłam zakochana w Paynie. Był po prostu znajomym, o którym postara się zapomnieć gdy wróci do Manchesteru. Tam czekali na nią przyjaciele, rodzina. Była popularna w szkole i lubiana. Zdecydowanie, jak wróci do domu to o wszystkim zapomni. Znowu będzie tak jak kiedyś. Więc czemu w ogóle zgodziłaś się wyjść z nim dzisiaj? No właśnie, czemu? W myślach tłumaczyłam to sobie tym, że i tak nie mam nic lepszego do roboty. Tego się trzymałam i nawet nie chciałam się nad tym zastanawiać.
Spojrzałam na siebie jeszcze raz w lusterku zastanawiając się czy o to chodziło Liamowi, kiedy pytał czy wzięła "coś ładnego". Rozkloszowana spódnica, dopasowana do ciała bluzka z rękawami do łokci, skórzana kurtka i buty na wysokim obcasie, wszystko w czarnym kolorze. Po bardzo długim przeglądaniu zawartości swojej walizki, stwierdziłam, że to będzie najodpowiedniejsze, no bo w końcu nie wiedziałam nawet gdzie jedziemy, bo oczywiście brunet nie chciał nic powiedzieć. Specjalnie wybrałam ciemne odcienie, nie chciałam grać słodkiej, miłej i niewinnej. Niebieskie oczy patrzyły na mnie, wyróżniając się na tle jasnej twarzy, którą otaczały pofalowane blond włosy. Nie uważałam siebie za bardzo ładną, raczej przeciętną, więc nigdy nie rozumiałam, dlaczego ludzie zwracali na mnie uwagę w szkole. Starałam się ignorować tych fałszywych i dbać o prawdziwych przyjaciół. Potrząsnęłam lekko głową odganiając niepotrzebne myśli. Znowu odbiegałam od tego co teraz jest ważne. A teraz było tym to, aby zobaczyć co szykował dla mnie Liam. Spojrzałam na siebie jeszcze raz.

-Dobra Scarlette, lepiej nie będzie.- mruknęłam do własnego odbicia i zaczęłam zbierać kosmetyki, wrzucając je do walizki, którą aktualnie przechowywałam w łazience, bo stwierdziłam, że będzie to najwygodniejsze. To przecież tylko kilka dni. Wyszłam z łazienki wpadając na Isabelle. Dziewczyna nie wiedziała, że wychodzę gdzieś dzisiaj, tym bardziej nie wiedziała z kim i szczere mówiąc miałam nadzieję, że uda mi się wymknąć nie będąc zauważoną. Nie chciałam nic przed nią ukrywać, po prostu nie wiedziałam co jej powiedzieć.

-Wychodzisz gdzieś.- bardziej stwierdziła niż zapytała- Nic mi nie powiedziałaś!

Rozbawił mnie oskarżycielski ton Izzy. Była wspaniała, ale nie chciałam jej nic tłumaczyć teraz, gdy sama nie wiedziałam na czym stoję.

-Wybacz Iz. Nie mam czasu teraz nic opowiadać, ale obiecuję, że jak wrócę to porozmawiamy!- powiedziałam prawie zbiegając po schodach. Z ręką na klamce odwróciłam się jeszcze z łobuzerskim uśmiechem, bo przypomniało mi się coś o czym mówił Payne.- Baw się dobrze z Niallem!

Zatrzasnęłam drzwi nie dając kuzynce nic powiedzieć. Lubiłam się z nią droczyć, więc nie mogłam przepuścić takiej okazji.

Na podjeździe stał ten sam czarny samochód, którym wracali od Donavana, widać należał do Liama. Sam właściciel opierał się niedbale o maskę z wyraźnym zamyśleniem malującym się na twarzy. Podeszłam do niego i odchrząknęłam zwracając tym samym na siebie uwagę bruneta, który zmierzył mnie wzrokiem od góry do dołu nic nie mówiąc, a jedynie uśmiechnął się. Odsunął się od maski i dalej milcząc usiadł za kierownicą. Serio? Żadnego ładnie wyglądasz? Czy otworzenia drzwi samochodu? Tak zawsze robił chłopak na idealnej randce prawda? To nie jest randka. skarciłam siebie w myślach. Nie czekając dłużej wsiadłam do samochodu i ruszyliśmy. Chłopak znowu nic nie mówił co już powoli działało mi na nerwy, nie mogłam wysiedzieć tak dłużej.

-Możesz mi już powiedzieć gdzie jedziemy?

-Przez TO wszystko nie widziałaś miasta, a po to tu przyjechałaś, więc na początek zobaczysz całe jednocześnie. A dalsza część to niespodzianka.

Westchnęłam zrezygnowana. Dalej nic konkretnego nie wiedziałam. Resztę drogi minęła w ciszy. Gdy się zatrzymaliśmy wyszłam z samochodu i szłam obok Payne'a w tylko jemu znanym kierunku. Dopiero po chwili zorientowałam się, że jesteśmy pod London Eye. Myślami do tej pory byłam całkowicie gdzie indziej. Po raz kolejny otrząsnęłam się ze zbędnych przemyśleń i wróciłam do otaczającej mnie rzeczywistości. Zdziwiłam się, że chłopak nie stanął w kolejce jak inni tylko podszedł do jednego z pracowników obsługi mówiąc coś do niego po cichu, ten pokiwał głową i wskazał, żeby iść za nim. Liam uśmiechnął się do mnie dając znać, żebym szła za nim. Młody chłopak w uniformie przepchnął się na sam przód kolejki mówiąc coś do ludzi tam stojących. Pokręciłam głową, to nie jest normalne. Wsiedliśmy do wagonika jako jedyni i ruszyliśmy powoli w górę. Gdy byliśmy już trochę wyżej, mogłam zobaczyć prawie całe miasto. Londyn nocą był cudowny. Miasto, które nie śpi. Dokładnie tak jak to sobie wyobrażałam. Stałam przy samej szybie z otwartą buzią z zachwytu. Zamknęłam pospiesznie usta gdy tylko uświadomiłam sobie jak głupio musze wyglądać. Usłyszałam śmiech Liama tuż obok siebie.

-Robi wrażenie. A później będzie jeszcze lepiej.

-Mogę ci zadać kilka pytań?- rzuciłam szybko odbiegając całkowicie od tematu. Musiałam spróbować.

-Nie obiecuje, że odpowiem na wszystko.

Czyli to znaczyło tak.

-Nie boisz się Donavana, mógłbyś go łatwo zniszczyć, więc czemu zgadzasz się "załatwiać dla niego sprawy"?

Zaśmiał się po raz kolejny.

-Wiem, że mógłbym go zniszczyć, mam więcej znajomości, ale wiem, że on tym wszystkim nie kieruje, ktoś stoi nad nim, ktoś wpływowy, a ja liczyłem na to, że w końcu poznam tego kogoś. Sama rozumiesz to byłaby bardzo korzystna znajomość.Wtedy już nikt nie mógłby nam zagrozić. Układy, to się w tym wszystkim liczy. Ale to koniec. Nie zamierzam nic więcej dla niego robić, sami damy sobie radę.

Nie spodziewałam się tak wyczerpującej odpowiedzi, to mnie zachęciło do kolejnych pytań.

-Dlaczego zdecydowałeś się na takie życie, zamiast normalności, żyjesz na krawędzi.

Jego oczy pociemniały trochę, ale zaraz znowu miały normalny odcień.

-Tego ci jeszcze nie powiem.

Jeszcze. Czyli jest nadzieja. Dobra trzeba teraz rozluźnić atmosferę.

-Więc, dlaczego "Deadly"?- zapytałam z lekkim uśmiechem, który chłopak na szczęście odwzajemnił.

-Zauważyłaś. Jak mówiłem, mam wyrobioną reputację w tym mieście, cokolwiek zrobimy odbija się to echem w okolicy. No i nie lubię gdy ktoś robi coś nie po mojej myśli.

Nie chciałam myśleć co się stawało z osobą, która go "zawodziła". Nie teraz.

-Zayn, Louis, Harry i Niall traktują cię jak szefa.

-Nigdy nie "ustalaliśmy szefa". Nie ma go. Jesteśmy równi, to moi bracia, jedyna rodzina. Słuchają mnie, bo myślę rozsądnie i umiem planować.

Nie zgadzałam się, zdecydowanie stał nad nimi, przynajmniej według mnie, ale nie chciała się kłócić. Zauważyłam, że są znowu na samym dole. Tak szybko?

Wyszłam ze szklanej kapsuły zawiedziona. Zdecydowanie za szybko to minęło. Wsiedliśmy znowu do samochodu i ruszyliśmy z piskiem opon, na co wywróciłam oczami. Zdecydowanie panowała lepsza atmosfera, a cisza nie była tak bardzo nieznośna, teraz była czymś bardziej naturalnym. Zauważyłam, że opuściliśmy centrum i znajdowaliśmy się na jakichś przedmieściach, zdecydowanie nieprzyjaznych. Przełknęłam głośno ślinę zwracając na siebie uwagę bruneta.

-Wiesz, że ze mną nic ci się nie stanie, prawda?- zapytał z delikatnie uniesionymi kącikami ust. Nie rozumiałam dlaczego ludzie się go tak boją. Przy mnie zawsze był... No właśnie, nie był miły, przyjazny, delikatny...  Raczej opiekuńczy. Chyba to najlepsze określenie. Tak czy inaczej na pewno nie był groźny.

-Wiem.- odpowiedziałam krótko trochę się rozluźniając. Liam zatrzymał samochód,  po czym wysiedliśmy z samochodu. Wokół było pełno samochodów prawie tak dobrych jak ten, którym my przyjechaliśmy. Z daleka dochodził jakiś hałas, ale nie mogłam nic konkretnego rozpoznać. Dogoniłam Liama i przeszliśmy przez bramę w jednym z bloków. Hałas od razu się wzmógł. Krzyki, dźwięk silników, pisk opon. Gdzie my do cholery jesteśmy?! Liam przyciągnął mnie do siebie i objął ramieniem. Nie odepchnęłam go.

Przekroczyliśmy metalową bramę i wtedy to wszystko zobaczyłam. Tłum ludzi zgromadzeni między sportowymi samochodami.
Wyścigi samochodowe.
Nielegalne.

niedziela, 17 listopada 2013

Rozdział 8

Po długim prysznicu trochę uspokoiłam nerwy i zaczęłam znowu myśleć racjonalniej. Wyszłam z salonu całkowicie zapominając o Izzy, ale wiedziałam, że sobie poradzi, jesteśmy podobne w tym do siebie, zawsze dajemy sobie radę. Wyszłam spod prysznica, szybko wytarłam się ręcznikiem i przebrałam w czarną koszulkę i szare spodnie dresowe Liama. Musiałam podwinąć kilka razy nogawki, żeby się o nie nie zabić przy chodzeniu no i jak zwykle lewa musiała być podwinięta aż do kolana. Taki dziwny zwyczaj. Poskładałam moje brudne ubrania i wyszłam z łazienki kierując się do pokoju Payne'a. Chłopak siedział w fotelu z zamkniętymi oczami i z głową opartą o ścianę. Położyłam ręcznik i ubrania na podłodze i podeszłam do szafy. W sumie zachowywałam się jakbym była u siebie, ale to przez złość na tą całą sytuację, do której sama doprowadziłam. Było siedzieć wtedy w hotelu. Teraz i tak nie mogłam tego zmienić, ale złość została. Pokręciłam głową i wróciłam do szukania potrzebnej rzeczy.

-Czego szukasz w mojej szafie?- zapytał brunet akcentując słowo "mojej". Po jego głosie słyszałam, że był rozbawiony. Dziwne, ja wtedy mogłabym zabić wzrokiem.

-Tego.- rzuciłam wyciągając ciemny koc. Czy wszystko tu musi być w mrocznych barwach? Jakby mieszkańcy tego domu chcieli powiedzieć "patrzcie jacy jesteśmy groźni, mamy czarne koce i śpimy z bronią pod poduszką". Scarlette, to było słabe. Chyba trzeba popracować na sarkastycznymi uwagami. Podeszłam do łóżka i dosłownie czułam wzrok chłopaka na sobie. Wzięłam dwie z masy poduszek służących w prawdzie za ozdoby, ale w końcu to jedna noc, da się przetrwać i zaczęłam kierować się do wyjścia.

-Możesz mi powiedzieć gdzie się wybierasz?- zapytał Liam stając przede mną.

-Na dół do salonu. W końcu musimy z Izzy mieć pod czym i na czym spać.- odpowiedziałam jakby to było oczywiste.

-Nie żartuj, możesz spać u mnie. Możesz mi wierzyć, że moje łóżko jest o wiele wygodniejsze od kanapy- rzucił z łobuzerskim uśmiechem. Lubiłam ten uśmiech. Przypomniało mi się, jak jeszcze kilka godzin temu chłopak zasłonił mnie własnym ciałem, przed strzałami i tak w sumie to mógł mnie tam zostawić i mieć spokój. Jako jedyny był miły, chociaż domyśliłam się, że nie zdarzało się to często. Uratowałaś mu życie, musiał być miły. Niby tak, ale z każdą godziną wątpiłam, czy aby na pewno coś zmieniłam, chyba teraz bardziej byłam przekonana, że reszta chłopaków zdążyłaby na czas. Tak czy inaczej to wszystko razem sprawiało, że polubiłam go. Chociaż w sumie to złe określenie. Bardziej zadziwiał mnie? Fascynował? Zaskakiwał? Tak to chyba najlepsze określenie. No i był cholernie przystojny. Otrząsnęłam się z tych myśli. Znam go 4 dni. Nie będę z nim spała.

-Nie zostawię Iz, poza tym wolę kanapę- odpowiedziałam trochę na przekór.

-Jestem pewny, że Niall przyjmie do siebie Isabelle- że co? Coś mnie ominęło? No chyba raczej nie.

-Dobranoc Liam.- powiedziałam wymijając go, ale zatrzymałam się jeszcze w drzwiach.- I dziękuje.

Nie czekając dłużej wyszłam na korytarz i zbiegłam po schodach na dół. Nikogo tam nie było. Na nasze szczęście okazało się, że kanapa jest rozkładana. Świetnie, bo już myślałam, że będziemy łączyć jeszcze fotele. Izzy chyba musiała usłyszeć, że coś się dzieje, bo po kilku minutach pojawiła się w salonie. Gdy zobaczyła co robię uśmiechnęła się.

-Wiedziałam, że coś wykombinujesz.- Nie wiedziałam do końca o co jej chodzi, więc nic nie odpowiedziałam.

Wzięłam jedną z poduszek i rzuciłam się wręcz na kanapę przykrywając kocem, po chwili to samo zrobiła moja kuzynka. Wszyscy byli zmęczeni. Nikt nie spał od dwóch dni, więc nic dziwnego, że już po chwili zaczęłam odpływać w ciemność, gdy wyrwał mnie głos Isabelle.

-Scarlette jak tam było? Bałaś się?- zapytała bardzo cicho.

-Do dupy Iz. Nawet bardzo.  Nie wiadomo czego spodziewać się po Donavanie. On jest... nieprzewidywalny.

-Myślisz, że gdy wrócimy do domu to wszystko się skończy? W sensie zostawią nas w spokoju i zapomną?

-Chciałabym. W sumie nie wiedzą nawet w jakim mieście mieszkamy. Może się uda.- zostało nam jeszcze 3 dni pobytu tutaj. Nie możemy się w ciągu tego czasu dać zabić. Tyle.- Musimy uważać do końca wyjazdu.

Brunetka nic nie odpowiedziała. Pewnie myślała o tym co ja, że całkiem inaczej wyobrażałyśmy sobie ten tydzień spędzony tutaj. Nie skarżyła się, za to ją kochałam. To ostatnia myśl, która przyszła mi do głowy zanim w końcu zasnęłam.

*

Gdy się obudziłam w domu panowała cisza. Zorientowałam się też, że Izzy nie ma koło mnie. Wstałam przecierając oczy i kierując się do kuchni. Byłam strasznie głodna. Nie wiele jadłam przez ostatnie kilka dni. Mogłam zrobić tosty, naleśniki, jajecznicę, omlety czy masę innych rzeczy, ale byłam na to za leniwa. Kanapki z serem i ketchupem mnie zadowalały. Gdy popijałam już sobie cappuccino po śniadaniu do kuchni wszedł Zayn. Nie był zaspany, czyli musiał być na nogach już jakiś czas. Kiwnął mi tylko głową i nic nie mówiąc zabrał się do przygotowywania jedzenia. Odchrząknęłam chcąc przerwać ciszę. Nie chciałam się z nimi kłócić, mogłam źle na tym wyjść.

-Wiesz gdzie są wszyscy?- zapytałam dość przyjaźnie, tak mi się przynajmniej wydawało.

-Jen i Louis gdzieś wyszli, Niall i Isabelle znowu się o coś kłócą, Harry właśnie przyszedł.- rzucił wskazując na chłopaka, który pojawił się w kuchni. 

-Cześć.- rzucił w pośpiechu i dopadł do lodówki wyciągając z niej tonę rzeczy. 

-A Liam?- nie ukrywam, ze mnie to interesowało, ale starałam się zabrzmieć obojętnie. 

-Musiał wyjść załatwić parę spraw. - odpowiedział akcentując ostatnie słowo. Wolałam nie znać tych spraw. Tak był lepiej. Z tego wychodziło, że muszę siedzieć sama lub z Zaynem i Harrym, którzy właśnie rozsiadali się na jeszcze nie pościelonej kanapie. Nie chciałam chodzić jak cień za Isabelle no i poza tym postanowiłam, że postaram się być miła dla reszty, skoro już mnie nie nienawidzą. Wzięłam swój kubek i rozsiadłam się na fotelu przed telewizorem. Zobaczyłam na zegarku, że dochodzi już 20. Matko, przespałam tyle godzin. W telewizji leciał jakiś film, więc wpatrywaliśmy się w niego bezmyślnie. Nawet nie wiem ile czasu minęło, gdy wrócił Payne. 

-W końcu wstaliście.- rzucił na powitanie dosiadając się. 

-Mógłbyś mnie zawieść do hotelu? - spytałam od razu. 

-Lepiej, żebyście jeszcze zostały. 

-Tak wiem, ale muszę wziąć kilka moich rzeczy. 

-To okey, możemy pojechać.


*

Było już po 20, więc Anne była w pokoju. Weszłam tam sama, bo tak będzie spokojniejsza. Była wystarczająco zdenerwowana. Wytłumaczyłam krótko, że nie możemy jeszcze wrócić, ale, że jesteśmy bezpieczne i nie musi się o nas martwić, tylko, żeby się cieszyła wyjazdem. Chyba ją przekonałam, bo wydawało mi się, że się rozluźniła trochę. To dobrze, chociaż taki plus, że ona nie będzie miała zwalonego wyjazdu. Spakowałam w torbę trochę moich rzeczy i Isabelle. Pożegnałam się z Anne i wyszłam. Uważałam, żeby na korytarzu hotelu nie zobaczył mnie nikt z grupy, w końcu podobno leżałam z gorączką. Nie chciałam pytań. Wrzuciłam torbę do bagażnika samochodu i usiadłam na miejscu pasażera. 

-Mam nadzieję, że zabrałaś coś ładnego, bo idziemy dziś na miast.- powiedział z tym swoim charakterystycznym uśmiechem Liam. 


***
Dziękuje za każdy komentarz. Liczba wyświetleń motywuje, ale komentarze o wiele bardziej. Poważnie, wtedy wiem, że mam dla kogo to pisać, a czasami się zastanawiam czy w ogóle warto. Więc będę wdzięczna za każdą opinię. 
I dziękuje też Emi za motywację, to dzięki niej w ogóle powstało to opowiadanie <3 

Jeszcze raz dziękuje i zachęcam do komentowania. 
Kocham was xx. 

poniedziałek, 11 listopada 2013

Rozdział 7

Obudził mnie dźwięk strzałów i jakieś krzyki. Zaspanymi oczami spojrzałam na mały zegarek. Wskazywał 3.47. Zerwałam się z łóżka, bo dopiero dotarło do mnie co się dzieję i gdzie jestem. Podeszła do drzwi i nacisnęłam klamkę, ale nic z tego, dalej byłam zamknięta. Wyjrzałam przez dziurkę od klucza. Widziałam kawałek korytarza, ale nic poza tym, no tak, pewnie wszystko działo się w tym dużym pomieszczeniu, które mijaliśmy, jak mnie tu prowadzili, to miejsce Donavana. Zdenerwowana chodziłam w tą i z powrotem po malutkiej przestrzeni, a minuty mijały. Dochodziła już 4, gdy w końcu usłyszałam jak ktoś biegnie korytarzem i zatrzymuje się przy moich drzwiach. Nie myśląc dłużej schowałam się za jedyną szafką w tym pokoju. Gdy tylko się schowałam, w drzwiach stanął mój "kochany ochroniarz" Matt. Rozejrzał się szukając mnie wzrokiem, po czym ruszył w stronę łazienki, wykorzystując chwilę jego nieuwagi wybiegłam na korytarz, zatrzasnęłam drzwi i zamknęłam je na klucz, który dalej siedział w zamku. Plus 20 do zajebistości za kreatywność, Scarlette, pomyślałam z zadowoleniem.

Ruszyłam za odgłosami strzałów i dotarłam dokładnie tam, gdzie myślałam, że wszystko się dzieje. Schowałam się za dobudowaną ścianką skąd miałam dobry widok i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Przypominało to, w którym trzymali mnie na początku, jednak po lewej stronie stało biurko i duże krzesło. Przypominało to mini biuro, to tutaj musiał spędzać większość czasu Donavan. Właśnie ten wspomniany i znienawidzony przeze mnie człowiek siedział schowany za jednym z pudeł. Wokół podobnie częściowo schowanych było kilku napakowanych gości. Po drugiej stronie, bliżej drzwi był Liam, Zayn, Niall, Harry i Louis. Coraz któryś wychodził z ukrycia i oddawał kilka strzałów w stronę przeciwnika.W powietrzu cały czas słychać było krzyki i wystrzały. Niallowi udało się trafić Josha, jeśli dobrze pamiętam. Padł na ziemie bez życia. Z głowy wypływała mu krew. Oczy były szeroko otwarte. Jestem pewna, że zapamiętam ten widok na długo. Nie wiedziałam co mam zrobić. Przebiec po prostu przez magazyn i zacząć uciekać stąd jak najdalej? Czekać jak idiotka aż ktoś mi powie, że mogę wyjść. A może w końcu się pozabijają wszyscy? Wrócę wtedy do Manchesteru, do mojego pokoju, przyjaciół i o wszystkim zapomnę? Ta myśl najbardziej mi się spodobała, ale wiedziałam, że nie mogę tak zrobić. Moje przeklęte sumienie mi nie pozwalało. Rozejrzałam się się po miejscu, w którym przebywałem. Było tu średniej wielkości okno. To chyba najlepsza opcja. Przysunęłam po cichu jakąś skrzynkę, otworzyłam je i wyskoczyłam.

Byłam na zewnątrz, od tej strony gdzie znajdował się mój wczorajszy plac ćwiczeń. W głowie szybko zrobiłam mini symulację gdzie jestem .i w którą stronę mam pójść. Obeszłam budynek na około i weszłam z powrotem do środka. Mój plan nie był zbyt skomplikowany ale nie wiedziałam co innego mogłabym zrobić. Przeszłam kawałek korytarzem i na szczęście trafiłam pod te drzwi, które chciałam. Kawałek ode mnie stali Liam z resztą chłopaków, jednak byli tak zajęci strzelaniem, że mnie nie zauważyli.

-Liam. Liam. Liam!- zaczęłam od szeptu, ale chłopak mnie nie słyszał dopiero gdy prawie krzyknęłam zwrócił na mnie uwagę. Reszta dalej była zajęta walką.

-Scarlette. Na reszcie.- odetchnął z... ulgą? Nie miałam czasu, żeby się zastanawiać nad tym dłużej.- Wycofujemy się!
Oczywiście tym razem, zareagowali nie tylko banda Payne'a, ale też Donavana. Zaczęli wychodzić ze swoich kryjówek i podwoili ilość strzałów. Poczułam jak ktoś przyciąga mnie do siebie. Podniosłam głowę i zobaczyłam Liama. Miał skupienie wypisane na twarzy, niemal mogłam wyobrazić sobie co dzieje się teraz w jego głowie. Chyba musiał wyczuć jak szybko bije moje serce, bo przysunął mnie jeszcze bliżej i zaczął kierować się w stronę wyjścia. Nagle z pistoletu bruneta przestały wylatywać pociski.
-Cholera!- zaklął i rzucił broń gdzieś do boku.- Uciekaj. Samochód stoi tam gdzie gadaliśmy z Donavanem. Zaraz do ciebie dołączymy. JUŻ!

Jego ton mówił, że nie przyjmuje sprzeciwów, więc zaczęłam biec ile sił. Nie oglądałam się. Wiedziałam, że sobie poradzą. Ja jestem tylko przeszkodą. Przyspieszyłam jeszcze zostało mi jakieś 300 m i wtedy wpadłam na coś twardego i wysokiego. Zostałam przyciągnięta do tego czegoś i poczułam zaciśnięte ramię na szyi.

-Błąd księżniczko. Dużo będzie cię to kosztowało.- usłyszałam przy samym uchu znienawidzony głos.- Poczekamy sobie tu na twoich kumpli, co ty na to?

Nie wiedziałam jak się tu znalazł. Przecież był w środku! Tylne wyjście, idiotko. Po chwili pojawiło się czterech "ochroniarzy", którzy przeżyli. Zaraz wpadli też Liam i jego banda. Zatrzymali się widząc nas przed sobą.

-Było fajnie, ale wiesz, czas to skończyć. Powinieneś był ją zostawić, byłoby to korzystne dla nas obu, Deadly.

Payne przemilczał to. Przestałam się wsłuchiwać w ich rozmowę, bo właśnie sobie coś przypomniałam. Nóż. Nie było szans, żebym teraz po niego sięgnęła. Zaczęłam dawać jakieś dziwne znaki Liamowi, mając nadzieję, że mnie zauważy i zrozumie. Reszta chłopaków zwróciła na mnie uwagę. Nie wiem czy mnie zrozumieli, ale wiedzieli, że coś kombinuję i to wystarczyło.

Kopnęłam Donavana z całej siły w piszczel. Puścił mnie i rozpętał się chaos. Zaczęła się walka wręcz. Wyjęłam nóż z mojej genialnej kryjówki. Nie zabiłabym nikogo, był tylko do obrony. Chłopcy dawali sobie radę. Nie chciałam dalej przeszkadzać. Po prostu ruszyłam biegiem i pokonałam ostatnie 300 metrów. W końcu znalazłam się przy samochodzie i wśliznęłam się na tylne siedzenie. Nie czekałam długo gdy wpadł też Louis i Liam. Ruszyliśmy z piskiem opon, za nami jechał drugi samochód. Musieli nim jechać Zayn, Niall i Harry.

-Będą nas gonić?- udało mi się w końcu wydusić siebie.

-Nie dadzą rady przez jakiś czas. Nieźle oberwali i stracili kilku ludzi.

Odetchnęłam i o nic więcej nie pytałam. Gdy zajechaliśmy pod dom od razu ruszyłam do środka, gdzie w salonie czekały Jen i Izzy. Ta druga od razu rzuciła się na mnie ściskając mocno. Zaraz pojawiła się też reszta. Przyjrzałam się im. Byli cali brudni, poobijani i każdy miał jakieś krwawiące rany. Usiedliśmy wyczerpani na kanapach i pokrótce streściliśmy co się wydarzyło.

-Iz, dzwoniłaś do Anne?- zapytałam ziewając, w końcu spałam 3 godziny przez 2 dni.

-Tak, będzie nas kryła. Mamy 39 stopni gorączki, zaraziłam się od ciebie, a ty już w Polsce byłaś trochę przeziębiona, pogoda londyńska tylko pogorszyła sprawę. Taką historyjkę usłyszała nasza przewodniczka.

Super, mamy spokój.

-Możecie odwieść nas do domu? Chcę odpocząć.

-Słaby pomysł. Do nas boją się przyjść, ale do was nic im nie przeszkadza- zabrał głos Liam.

-Mamy u was siedzieć do końca wyjazdu?

-Po prostu dzisiaj zostańcie.

Myślałam, że któryś z chłopaków się sprzeciwi, ale nie.

-Super. Daj mi swoje ciuchy, bo chcę się wykąpać i pójść spać- rzuciłam ze złością i nie czekając na niego ruszyłam schodami na górę do jego pokoju. Po chwili usłyszałam za sobą kroki.


***

Dobra mamy 7 rozdział. Mam nadzieję, że wam się podoba. Cieszę się z liczby wejść, nie spodziewałam się, że tyle osób będzie to czytać. No i proszę też o komentarze, bo to bardzo dużo dla mnie znaczy. A no i jeszcze jedno, jeżeli chcecie być informowani to napiszcie w komentarzu xx

sobota, 2 listopada 2013

Rozdział 6

Przełknęłam ślinę starając się uspokoić. Będzie dobrze, będzie dobrze, musi być dobrze, przecież Liam i reszta będą na czas, cały czas powtarzałam sobie w głowie ten wierszyk. Wtedy wpadło mi coś do głowy.
-Liam! Powiedz Izzy, żeby zadzwoniła do Anne i powiedziała, że wszystko z nami w porządku, ale wrócimy dopiero jutro, żeby się nie martwiła.- wypowiedziałam wszystko bardzo szybko i cicho, bo Donavan i reszta byli coraz bliżej.
-Uwierz, to teraz nie jest twój największy problem. Isabelle na pewno wszystkim się zajmie.- odpowiedział patrząc na mnie jak na wariatkę. No tak. Zaraz zacznę walkę o każdą kolejną minutę życia, ale martwię się o to, żeby Anne się nie martwiła, jestem idiotką. Nie mieliśmy czasu na dalszą rozmowę, bo Donavan był już dostatecznie blisko, żeby nas usłyszeć.

-Deadly. Myślałem, że będziesz bardziej się opierać za nim nam ją oddasz.

Deadly. Znowu to samo określenie. Liam wzruszył tylko ramionami.

-Ona nic dla mnie nie znaczy. Louis jest jednym z nas. To korzystna wymiana dla nas obu. Chociaż, nie wiem do czego ona jest ci potrzebna- sposób w jaki to wymawiał... Zwątpiłam czy naprawdę mi pomogą. Teraz stał się obojętny, wręcz zimny, jakby nic go nie obchodziło. Przełknęłam ślinę po raz kolejny, nie mogę dać się zwariować, w końcu obiecał.

-Nie twój interes. Zabieraj tych dwoje i jesteś wolny- wskazał głową na Louisa i Jen, którzy stali już przy Paynie. Brunet jeszcze raz na mnie spojrzał obojętnie, odwrócił się i odszedł. Tak po prostu, bez słowa. Chociaż co miał powiedzieć?

Gdy zniknęli nam z oczu momentalnie pojawiło się przy mnie dwóch ludzi Donavana.

-Słodkich znów skarbie- rzucił z złośliwym uśmiechem szef całej tej bandy i wtedy jeden z tych goryli przy moim boku przyłożył mi jakąś chustkę do ust i wszystko zaczęło powoli znikać.

***

Nie odezwałem się przez całą drogę, myślami byłem gdzie indziej. Co chwilę zerkałem tylko na zegarek obliczając ile jeszcze zostało do naszej akcji. Za dużo, zdecydowanie za dużo. Mogą ją zabić kilka razy w tym czasie. Spokojnie, przecież Niall i Harry pilnują ich i dadzą znać jakby działo się coś złego. Właśnie. Wyjąłem szybko telefon i wybrałem numer blondyna.

-Co się dzieje? 

-Uśpili ją czymś zaraz jak odjechaliście. Jesteśmy pod ich magazynem, dwóch pilnuje wejścia. W środku jest trzech plus Donavan.Nie podchodziliśmy jeszcze bliżej, na razie jest i tak nieprzytomna, więc nic jej nie zrobią. 

-Nie spuszczajcie jej z oczu. Nic nie może się jej stać, jasne? 

-Przecież wiesz.

Rozłączyłem się i przyspieszyłem jeszcze bardziej. 

-Powiesz mi co się dzieje? - spytał w końcu Louis.

-Odbijamy Scarlette.

-Kurwa, Liam, mamy dla niej ryzykować życie? 

-Ona ryzykowała swoje dla mnie i nawet mnie nie znała, więc pora spłacić dług. Nie musisz w niczym brać udziału, możesz zostać z Jen w domu- odpowiedziałem spokojnie. Będzie ciężej bez Lou, ale damy sobie radę. 

-Wiesz, że jestem z tobą. Poza tym mam swoją osobistą zemstę.

Domyśliłem się, że chodzi o to co wydarzyło się tej nocy, ale nie chciałem wypytywać o nic więcej. To nie moja sprawa, jeżeli będzie potrzebował pomocy to powie. W końcu dojechaliśmy, zauważyłem, że w oknie pojawiła się Izzy.

-Cholera, Payne! Kolejna dziewczyna?!  


***

Powoli zaczynałam kojarzyć co się dzieje wokół mnie. Wokół panowała cisza. Przypomniałam sobie wszystko co się działo zanim straciłam przytomność i momentalnie otworzyłam oczy. Byłam sama, odpowiadało mi to, bo mogłam się spokojnie rozejrzeć. Siedziałam na jakimś krześle z przywiązanymi do niego kostkami, a nadgarstki były przywiązane z tyłu, za plecami. Znajdowałam się w jakimś magazynie, wszędzie walały się jakieś skrzynki, pudełka i narzędzia. Jedyne światło do pomieszczenia wpadało przez małe okienko. Nie miałam zegarka, ale przez wpadające światło strzelałam, że było koło południa. Czyli jeszcze kilka godzin. Niestety moja błoga samotność właśnie się skończyła. 

-W końcu się obudziłaś.- Donavan uśmiechnął się z jakimś zadowoleniem wymalowanym na twarzy. 

Nie odpowiedziałam, nie miałam nic mu do powiedzenia.

-Weszłaś nam ostatnio w drogę, nie może ci to ujść na sucho. Wiesz, straciłbym wtedy moją złą reputację.- znowu ten obrzydliwy uśmiech, widać rozśmieszył go własny żart.- Ale szkoda mi zabijać kogoś z tak ładną buźką. No i masz zadziorny charakter, nie boisz się. Mogłabyś nam się przydać. Więc masz wybór: możesz z nami zostać, będziesz dla nas pracować, nic ci się nie stanie, co więcej będziesz miała zapewnioną ochronę. Drugą opcję znasz. 

Dalej milczałam. Wiadomo musiałam wybrać życie. Nie zamierzałam nic dla nich robić, ale trzeba przetrwać.

-Jaką mogę mieć pewność, że mnie nie zabijesz, jak ci się znudzę i nie będę już potrzebna? Taka dziewczynka od brudnej roboty.

-Żadnej. Powinnaś się cieszyć, że w ogóle daje ci taką szansę, więc z łaski swojej doceń to.

Podszedł niebezpiecznie blisko, a jego ton się zmienił. Teraz się go bałam.

-Chcę żyć.

-Świetnie. Matt. Josh. - do środka weszło dwóch gości, którzy byli wtedy z nami na dworze.- Będziecie towarzyszyli naszej nowej wspólniczce, żeby nie zrobiła niczego głupiego, jak ucieczka na przykład. Na początek coś łatwego. Dostarczysz mi pewną paczkę spod tego adresu.

Dał mi karteczkę, na której była nazwa jakiejś ulicy i numer.

-Nie znam Londynu. To bez sensu. Nie możesz wysłać ich po to?

-Nie. Musisz poznać ten interes. Zawiozą cię we właściwe miejsce. Lepiej się zbierajcie.

***

Całe to zadanie było nudne i bez sensu, ale dało trochę czasu. Okazało się, że miejsce, do którego musimy dotrzeć znajdowało się po drugiej stronie miasta. Zanim wyruszyliśmy była już 15, a wróciliśmy dopiero po 21, bo moi cudowni ochroniarze musieli załatwić jeszcze jakieś swoje sprawy. Nie odstępowali mnie na krok, przez co nie było nawet mowy o ucieczce. Donavan wydawał się być zadowolony.

-Zrobiłam co kazałeś, mogę iść odpocząć?- trzęsło mną wewnętrznie, że muszę udawać i pytać o takie głupie rzeczy, tylko, żeby utrzymać pozory uległej. Miałam ochotę robić wszystko na przekór jemu, ale nie, teraz nie mogłam na to sobie pozwolić, muszę wytrzymać jeszcze trochę. Aby do 3, wtedy wszystko się zacznie. 

-Nie. Najpierw musimy sprawdzić co umiesz.- powiedział wychodząc na zewnątrz. Zacisnęłam zęby i poszłam za nim. Z tyłu za magazynem znajdowała się mała polanka, a wokół był las. Podeszliśmy do jednego z drzew, na których znajdowała się duża tarcza.- Spróbuj trafić w sam środek. 

Matt podał mi pistolet. Nigdy nie trzymałam broni w ręku. Zagryzłam wargę. 

-Nie próbuj.- mój kochany szef pokręcił głową wskazując na Matta i Josha, którzy stanęli w małej odległości trzymając broń w pogotowiu. 

Westchnęłam i przeładowałam broń jak to robią na filmach i wycelowałam w tarczę. Nie trafiłam nawet w drzewo. Nie jestem urodzonym mordercą. 

-Jeszcze raz. 

Strzał. Znowu nic. Kolejny. Tym razem tylko w drzewo. Nie starałam się jakoś specjalnie nie trafiać. Po prostu nigdy tego nie robiłam, to nie jest jakiś pieprzony film akcji, gdzie dziewczyna trzyma pierwszy raz broń w ręku i trafia w głowę przeciwnika. To prawdziwe życie. 

-Wystarczy. Teraz zobaczymy jak walczysz. 

Super. Przez następną godzinę musiałam unikać ciosów kolejnego z kumpli Donavana. Ten był najszczuplejszy z nich, najmniej napakowany, ale najbardziej zwinny. Nie starał się jakoś specjalnie zrobić mi krzywdę, nawet się nie męczył, ale ja już po 20 minutach złapałam zadyszkę, bo głównie przed nim uciekałam. On chyba naprawdę chce mnie przygotować do życia w całym tym syfie, który nazywają interesami. To chore. Później musiałam wysłuchać co robiłam źle i przez kolejną godzinę powtarzać ruchy tego typa. Przykładałam się, to akurat może mi się przydać. Gdy już padałam na twarz, Donavan zgodził się dać mi spokój i zaprowadził do małego pokoiku. Podobno mamy tu spędzić tydzień, później się przenosimy, tak mi powiedział. Gdy wyszedł usłyszałam jak zamyka drzwi na klucz. Cudownie. Rzuciłam się na łóżko ledwo żywa. Mimo wszystko pokój nie był obskurny, a obok niego znajdowała się mała łazienka, ale i tak nie miałam ochoty spędzić tu dużo czasu, najchętniej już bym uciekła. Mały zegarek wskazywał północ. Czyli jeszcze trzy godziny. Mogę jeszcze chwilę się przespać, oczy same mi się zamykały. Musiałam odpocząć, chociaż chwilę. Odpłynęłam, zanim zdążyłam pomyśleć o czymś jeszcze. 

niedziela, 27 października 2013

Rozdział 5

Później wszystko działo się bardzo szybko. Liam, Niall, Zayn i Harry niemal równocześnie zerwali się ze swoich miejsc.
-Spróbuj zrobić coś Louisowi lub Jen. Wiesz, że to się dla ciebie źle skończy Donavan!- warknął Liam do telefonu.
Każdy z nich wyglądał na ostro wkurzonego. Ale nic dziwnego, w końcu jeden z nich znalazł się w "kryjówce nieprzyjaciela".

-Nie próbuj mi grozić Payne. Co powiesz na małą wymianę? Ta mała suka, która rozwaliła nam ostatnio robotę za Louisa i jego słodką dziewczynę. Radzę się pospieszyć, bo wiesz jak to się może skończyć. Masz 1 h na zastanowienie, wtedy ustalimy miejsce spotkania.

I rozłączył się. A ja siedziałam bez ruchu wpatrując się w przestrzeń za oknem, gdzie powoli zaczynało świtać. Wiedziałam, że chodziło o mnie. Chciał się zemścić. Coś przekręciło mi się w żołądku. To oczywiste, że wybiorą Louisa i Jen. To ich przyjaciel, a nawet brat. Mnie znają od dwóch dni i na dodatek nie lubią mnie. W głowie już kształtowała mi się wizja, co się stanie gdy trafię do Donavana. Tak od razu mnie nie zabije. Postara się, żebym cierpiała. Może uda mi się uciec? Ale jak? Nie, nie ma szans, przecież on ma tam ludzi. Będzie mógł zrobić wszystko, nikt mu nie przeszkodzi, może będzie miał tyle litości, że zabije mnie szybko...

-Scarlette. Scarlette. Scarlette do jasnej cholery!- dopiero teraz dotarł do mnie głos Izzy.- o kogo mu chodziło?

-O mnie, Iz.- powiedziałam o dziwo spokojne, chociaż w czułam się jak kłębek nerwów.

Dziewczyna wciągnęła gwałtownie powietrze i włączyła się w żywą dyskusję, która panowała teraz w pokoju.

-Nie możecie mu jej oddać!- przebił się głos dziewczyny.

-Serio? Nic nie możesz zrobić. Nie zostawimy tam Lou!

-Poważnie myślisz, że wybierzemy ją, zamiast chłopaka, który jest dla nas jak brat?

Niall, Harry i Zayn patrzyli na nią jak na kompletną idiotkę. Podjęli decyzję, to normalne. Tylko Liam stał w bezruchu. Na twarzy miał wymalowany wyraz jakby walczył ze sobą wewnętrznie.

-A TO MOJA SIOSTRA! Na pewno możecie zrobić coś innego!- Iz nie dawała za wygraną, kochana dziewczyna. Ale to nie ma teraz znaczenia.

-Daj spokój Isabelle.- powiedziałam wstając.- Też bym tak wybrała i ty też. To ja nie powinnam się mieszać wczoraj wieczorem w nie swoje sprawy.

Izzy patrzyła na mnie z niedowierzaniem, a reszta z czymś dziwnym w oczach. Odrobina szacunku? Miałam ochotę się roześmiać. Tego się na pewno nie spodziewałam z ich strony.

-Nikt nigdzie nie idzie. Odbijemy Lou i Jen, a Scarlette i Isabelle zostają tutaj na razie. Poradzimy sobie, w końcu Donavan się tego nie spodziewa.

Liam wydawał się być pewien tego co mówił, on też już wybrał. Po jego słowach wybuchła na nowo dyskusja. Zayn, Harry i Niall przeciwko Liamowi i Izzy, która całkowicie go poparła.

-Będziesz ryzykował życie nas wszystkich dla kogoś, kogo nie znasz?- krzyknął Niall.

-Jak możesz być takim hipokrytą?! W ten sposób WSZYSCY możemy wyjść z tego żywi!- odwarknęła brunetka.

-Wy na pewno, jak będziecie bezpiecznie siedzieć w domu!

Miał rację. Dobra koniec tego, czas zacząć coś robić.

-Zamknijcie się wszyscy!- krzyknęłam jak najgłośniej, dzięki czemu zapanowała cisza i wszyscy na mnie spojrzeli.- Mamy jeszcze jedno wyjście. Pójdę do Donavana, wtedy wy odzyskacie Louisa i Jen. Myślę, że da mi pożyć przez kilka dni, żeby mnie pomęczyć. Wieczorem, gdy trochę się uspokoi i nie będzie nic podejrzewał możecie mi pomóc stamtąd uciec. I tak miałam to w planie, przynajmniej spróbować, więc zrobię to z wami albo bez was. Decyzja należy do was.

Skończyłam swoją przemowę i opadłam znowu na krzesełko z założonymi rękoma, czekając co postanowią. Panowała cisza.

-To nie możliwe. Zostajemy przy moim planie- jako pierwszy odezwał się Liam.

-Twój plan jest do dupy, niepotrzebne narażanie się. Dobrze to wiesz- powiedziałam z pewnością, której tak naprawdę nie czułam.

-Ma rację. Chociaż raz kogoś posłuchaj- powiedział spokojnie Harry.

-Omówmy szczegółowo co robimy- dał w końcu za wygraną Payne.

Nie wiem czy to możliwe, ale poczułam jednocześnie ulgę i jeszcze większy strach. Wszyscy usiedliśmy w salonie na kanapach ustawionych wokół stolika. I znowu jako pierwszy odezwał się Liam.

-Jest 5.35, za jakieś pół godziny zadzwoni znowu. Myślę, że będzie chciał się spotkać blisko swoich magazynów, bo będzie czuł się tam bezpieczny. Ja odwiozę Scarlette, a wy będziecie niedaleko w drugim samochodzie. Jak już będzie po "wymianie" ja odjeżdżam z Lou i Jen, a Niall i Harry śledzą Donavana. Musimy być pewni, gdzie ją zabiorą. Zayn, zostajesz w samochodzie i jesteś w kontakcie z chłopakami, musisz być w pełnej gotowości.- wszyscy słuchali go w skupieniu, bez żadnego słowa. Wydawał się wiedzieć co robi.- Scarlette ma rację, na pewno nie da jej od razu umrzeć, w końcu za bardzo zaszła mu za skórę.

Przeszedł mnie dreszcz. Mogę się jeszcze wycofać?

-Pewnie będzie chciał cię najpierw przestraszyć. Nie od razu zacznie działać. Przynajmniej mam taką nadzieję. My wejdziemy około 3 nad ranem, to najlepsza pora. Więc będziesz musiała przetrwać do tego czasu. Graj na zwłokę, od tego będzie dużo zależało. No i najważniejsze, jak już tam będziemy, masz robić wszystko ci każę. Wszystko.- Pokiwałam głową na znak, że rozumiem.- Dobrze. Idźcie wszystko przygotować.

Zwrócił się do chłopaków, a ci bez zbędnego marnowania czasu wyszli na dwór.

-Isabelle zostajesz tutaj. Nie mów, że też chcesz pomóc, sami wszystko ogarniemy, po prostu tym razem musisz zostać.

-Macie ją przywieźć żywą- rzuciła.

Niemal podskoczyłam, gdy zadzwonił telefon i wyrwał nas wszystkich z zamyślenia. Brunet odebrał go szybko i słuchał ze skupioną miną.

-Wiem gdzie to jest. Lepiej, żeby byli cali- i rozłączyli się.- musimy się zbierać.

Wstałam od razu i ruszyłam do drzwi. Zatrzymałam się przy nich na chwilę i odwróciłam do kuzynki. Nie płakała i bardzo dobrze, była raczej zdeterminowana. Zaśmiałam się w duchu, zrobi im piekło, jeśli coś się nie uda. Odwróciłam się i wyszłam. Na dworze stały już dwa samochody. Wsiedliśmy do jednego z Liamem i ruszyliśmy bez większej zwłoki. Po chwili zauważyłam w lusterku za nami taki sam samochód.

-Otwórz schowek i wyjmij stamtąd jeden z noży. Użyj go w ostateczności, bo to skomplikuje sprawę, ale mimo wszystko musisz mieć jakąś broń. Schowaj go dobrze.

Obróciłam kilka razy go w palcach i wsadziłam w cholewkę lewego botka. Dziękuje temu kto je wymyślił, idealny schowek. Jechaliśmy w ciszy przez jakieś 40 minut gdy w końcu się zatrzymaliśmy. Jednocześnie wyszliśmy z samochodu i czekaliśmy na Donavana.

-Pamiętasz wszystko co masz robić?

-Tak, to całkiem łatwe. Po prostu nie dać się zabić.

-Mniej więcej.

Wtedy powoli ze ścieżki na przeciwko nich wyłoniło się kilka sylwetek, między innymi rozpoznała Donavan, Louisa i Jen, poza nimi jeszcze trzech gości.

Przełknęłam ślinę.

Teraz nie było odwrotu.


***
Więc tak, chciałabym bardzo podziękować wszystkim, którzy to czytają. Liczba wejść naprawdę mnie zadziwia. No i chcę wiedzieć co o tym myślicie i czy warto dalej to pisać, więc piszcie wasze opinie w komentarzach. Kocham was wszystkich <3 

sobota, 19 października 2013

Rozdział 4

-Znasz ją? - zapytał zdziwiony Niall.

-To moja kuzynka, przyjechałam z nią do Londynu. - wyjaśniłam, nie było sensu ukrywać prawdy. - Idę z nią porozmawiać.

Wyszłam szybko z pokoju, żeby nie mogli nic do tego dodać, nie chciałam usłyszeć czegoś w stylu "Nie możesz jej nic o nas powiedzieć." To była w sumie tylko milsza wersja tego co mogłam usłyszeć. Zbiegając po schodach w duszy modliłam się, żeby nie było z nią Anne. Nie zniosłaby prawdy, tego co tu się dzieje, sama do końca nie wiedziałam o co tu tak naprawdę chodzi, ale wiedziałam, że nawet bieżące wydarzenia przeraziłyby dziewczynę. Zawsze była skupiona na dążeniu do celu, nie pozwalała niczemu sobie w tym przeszkodzić, dla niej wszystko zawsze było czarne albo białe. Zapewne stwierdziłaby, że najlepszym wyjściem z sytuacji byłoby zadzwonienie na policję. A ze wszystkich możliwości, wiedziałam, że ta byłaby najgorsza, nie wiem czemu, ale byłam tego pewna. Izzy, była całkiem inna. Nie wiedziałam czy powiedzieć jej prawdę, ale podejrzewam, że by ją zrozumiała, nie panikowałaby.

Dopiero po chwili zorientowałam się, że stoję przed drzwiami wyjściowymi z ręką na klamce w głowie prowadząc swoje rozważania. Wróciłam myślami do rzeczywistości i wyszłam na zewnątrz.

-Scarlette!

Izzy od razu do mnie podbiegła, wydawała się trochę zagubiona, ale na pewno nie przestraszona. Nie, ona nigdy się nie bała.

-Cześć Iz, co ty tu robisz?

-Wiesz, że równie dobrze mogłabym ci zadać to samo pytanie! Brałam prysznic, kiedy usłyszałam jak ktoś wali do naszych drzwi, szybko się ubrałam wyszłam, ale ciebie już nie było. Anne powiedziała, że był tu jakiś chłopak, ale go dobrze nie widziała, bo od razu wyszłaś na korytarz. Kazałaś się o siebie nie martwić, ale jak mogła nawet nie sprawdzić z kim wychodzisz, nawet tu nikogo nie znamy, powinna się upewnić! Wyszłam za wami, na szczęście jeszcze nie straciłam was z oczu, złapałam taksówkę i pojechałam za tym samochodem. - z jej twarzy dało się wywnioskować, że naprawdę się denerwowała. Nie powinnam się dziwić, z ich punktu to musiało podejrzanie wyglądać.

-Nie powinnaś była tu przyjeżdżać, muszę... Muszę coś zrobić i niedługo się od tego uwolnię, tak mi się wydaje. - nie byłam na nią zła, wręcz przeciwnie, nawet sobie do tej pory nie zdawałam sprawy jak bardzo brakowało mi jej tutaj.

-Nie pieprz. To jakiś syf, w to co się wpakowałaś, prawda?

Mogę jej powiedzieć? Jest wystarczająco silna, żeby to ogarnąć.

-Nawet nie wiesz jak duży. Ale zanim ci cokolwiek powiem, musisz obiecać, że nic nie zrobisz bez wcześniejszego powiedzenia mi o tym, ok? To ważne.

-Obiecuję.

No to jedziemy. Streściłam jej wydarzenia poprzedniego wieczora i to co miało miejsce dzisiaj. Niczego nie ominęłam, chciałam, żeby chociaż ona znała całą prawdę.

-No i nie wiem czy teraz, jak już zrobiłam co chcieli w końcu dadzą mi spokój, żebym mogła o wszystkim zapomnieć.

-Masz rację, niezłe gówno. - zero tekstów typu "dlaczego robisz to co ci karzą" lub "powinnaś zadzwonić na policję". Właśnie dlatego ją uwielbiam, jesteśmy podobne.

-Mam nadzieję, że jej nie powiedziałaś.- z drzwi wejściowych wychyliła się Niall- ona nie jest nam potrzebna, ją możemy zabić.

Tego już za wiele. Wstałyśmy równocześnie i zwróciłyśmy się w jego kierunku.

-Nie obchodzi mnie to co robicie, w dupie mam też co mi karzecie zrobić, ale jej nawet nie dotkniecie. - wiedziałam, że nie musiałam jej bronić, sama dobrze sobie radziła, ale chciałam, żeby miał, oni wszyscy mieli jasność. - I tak, już wie.

Niall zacisnął mocniej szczękę i w jego oczach pojawiły się iskierki gniewu, ale szybko się opanował.

-Do środka.

Wzruszyłyśmy jednocześnie ramionami z Izzy i ruszyłyśmy za blondynem. Nieważne co zamierzają zrobić. Jesteśmy tu jeszcze przez 5 dni, później wracamy do rzeczywistości, może nudnej, ale w miarę bezpiecznej, więc co będzie. Weszłyśmy do jadalni, gdzie siedzieli już Zayn, Harry, Niall i nawet Liam zszedł z góry. Razem z bliźniaczką rozsiadłyśmy się wygodnie na krzesełkach i czekałyśmy co zamierzają powiedzieć.

-Załatwmy to szybko. Niall powiedział, że wszystko już wiesz.- odezwał się Harry zwracając się do Iz.- więc to co powiemy tyczy się was dwóch.

-Rzecz oczywista: nikt więcej nie może się dowiedzieć o tym co tu się dzieje.

-A co tu się właściwie dokładnie dzieje? - zapytałam ze złośliwością. Oczywiście dalej nic mi nie wytłumaczyli o co tu chodzi.

-Nie twój pieprzony interes, po prostu trzymaj język za zębami, a nikomu nic się nie stanie.- wyraził się w dość jasny sposób Zayn.

-Musimy być zawsze ostrożni i uważać na to co mówimy i komu ufamy, więc gdy powiecie coś za dużo, spodziewajcie się naszej wizyty, my nie dajemy drugiej szansy.- na koniec głos zabrał Liam, a jego słowa jakby zawisły w powietrzu. Dokładnie zrozumiałyśmy ich przekaz, a szczególnie słowa "my nie dajemy drugiej szansy", miałam wrażenie jakby ciągle brzmiały w mojej głowie.

Aż podskoczyłam gdy zadzwonił telefon Liama.

-Nie znam tego numeru.- mruknął pod nosem. Gdy tylko odebrał od razu skrzywił się na dźwięk usłyszanego głosu. -Spierdalaj.
Już chciał się rozłączyć, ale widać osoba po drugiej stronie skutecznie przykuła czymś jego uwagę. Brunet bez zbędnych słów przełączył głośnomówiący.

-Cześć pieski na posyłki Deadleya. - odezwał się szyderczy głos. Chociaż słyszałam go raz w życiu, mogłabym go rozpoznać wszędzie.

-Donavan.- odezwał się z wściekłością Niall. Widać nie spodobało im się to określenie, nie dziwie się, gość dobrze wiedział, że się wkurzą.- Czego chcesz? Jak twoje siniaki? Dzwonisz prosząc o następne?

-Myślę, że jest tu ktoś, dzięki komu zaczniecie inaczej szczekać. Powiedz coś- rozkazał. Cisza. Po krótkiej chwili dobiegł dźwięk jakby ktoś kogoś uderzył. Dalej nic.- Bo powiem Mattiemu, żeby coś jej zrobił.

-Jeb się Donavan.

Na dźwięk głosu, który odezwał się w telefonie wszyscy znieruchomieliśmy, oprócz Iz. Louis brzmiał na bardzo wkurwionego.

sobota, 12 października 2013

Rozdział 3

Gdy rano się obudziłam przez bardzo krótką chwilę żyłam w błogiej nieświadomości tego co wydarzyło się poprzedniego wieczora, lecz później wspomnienia zalały mnie falą. Zaułek, czarne bmw, 4 napakowanych gości, leżący Liam, jego posiniaczony tors, słowa Louisa w samochodzie, gdy wychodziłam. Zakryłam głowę poduszką.
-Proszę niech to będzie sen, błagam, niech się okaże, że to wszystko się nie zdarzyło... - szeptałam modlitwy w poduszkę.
-Wstawaj, bo zaraz mamy zbiórkę!- usłyszałam głos Izzy i zaraz uderzyło mnie chłodniejsze powietrze, gdy dziewczyna ściągnęła ze mnie kołdrę. Podziałało, powoli zaczęłam się zwlekać z łóżka.

***

Dzień minął zdecydowanie na szybko. Co najgorsze, nie pamiętam nic z tego co mówiła przewodniczka. Oglądałam te budynki, robiłam zdjęcia, ale niestety myślami byłam gdzie indziej. Miliony razy analizowałam wydarzenia poprzedniego wieczora i zastanawiałam się jak wykręcić się od wieczornej wizyty.
Siedziałam na łóżku w pokoju hotelowym zastanawiając się co zrobić. Nie chciałam tam wracać, chciałam się od nich odciąć i od takiego życia, bałam się, że jeżeli raz się w to wmieszałam to już zawsze będę siedziała w tym syfie. Nawet nie wiem ile razy przeklinałam się w myślach za to jak postąpiłam. Było już 10 minut po 20, ale nie zamierzałam wychodzić z pokoju. Niech Louis przetrząsa sobie cały hotel, może mu się znudzi i da mi spokój? Patrzyłam jak wskazówki zegara powoli przesuwają się do przodu. Dokładnie gdy zegar wybił 20.20 usłyszałam łomot do drzwi. Wypuściłam zrezygnowana powietrze i wzięłam ze sobą kurtkę.
-Gdzie idziesz? - zapytała zdziwiona Anne- I kto dobija się do naszych drzwi?

-Nie martw się, niedługo wracam, będę bezpieczna- rzuciłam krótko i posłałam jej uśmiech. Chyba uwierzyła bo pokiwała tylko głową i wróciła do oglądania telewizji.

Wzięłam głęboki oddech, otworzyłam drzwi i szybko wyszłam na korytarz wymijając Louisa. Był zły, nie, to za mało powiedziane, był wkurwiony. W tamtym momencie się go naprawdę bałam i zwątpiłam czy na pewno będę bezpieczna, jak powiedziałam Anne.

-Czego nie zrozumiałaś w "będę czekać o 20?" - zapytał kontrolując furię.

-Liczyłam, że zostawisz mnie w spokoju- powiedziałam zgodnie z prawdą.

-Nigdy więcej tego nie rób. Możesz to potraktować jako ostrzeżenie.- chłopak wymawiał każde słowo powoli, żeby dać mi jasno do zrozumienia o co mu chodzi. Podziałało.

Wyszliśmy szybko z hotelu, po czym wsiedliśmy do samochodu. Louis ruszył z piskiem opon, niebezpiecznie włączając się w ruch uliczny. Czułam jakąś presję, żeby coś powiedzieć. Nie wiem czemu, ale wiedziałam, że nie wytrzymam dłużej tej ciszy.

-Em... Jak się czuje Liam?- spytałam niepewnie, ale dość miłym tonem, przynajmniej starałam się, żeby taki był.

-Nie miał żadnej gorączki ani dreszczy w nocy, dziś wstał nawet z łóżka, nie jest tak źle jak przewidywałaś. W miarę normalnie się poruszał.- rzucił oschle, co skutecznie powstrzymało mnie od innych pytań. Już wolę tę przytłaczającą ciszę. Swoją drogą ciekawe jak tak szybko odnalazł właściwy pokój. Uh, przerażają mnie ich możliwości.
Pod domem chłopaków byliśmy przed 21. Gdy tylko zatrzymaliśmy się na podjeździe, wyszłam z samochodu i weszłam do domu. Na kanapie w salonie siedziała reszta chłopaków. Wyglądali na rozluźnionych, więc Liam na pewno czuł się lepiej, inaczej byliby przy nim.

-Em, cześć. - powiedziałam niepewnie w ich stronę.

Zignorowali mnie. Nawet nie odwrócili wzroku od telewizora. Zupełnie jakbym była powietrzem. Zdusiłam w sobie krzyk bezradności. Czemu niby im pomagam? A no tak, bo inaczej i tak by mnie tu przyciągnęli. Wpakowałam się w niezłe gówno. Ruszyłam w stronę schodów z zaciśniętymi pięściami. Ale wtedy nie wytrzymałam, nie będą traktować mnie jak popychadło.

-Pomogłam Liamowi poprzedniej nocy, później zajmowałam się nim, kiedy wy staliście i nie wiedzieliście co robić, spieprzyliście mi wyjazd, rozkazujecie gdzie i kiedy mam być, więc z łaski swojej moglibyście odpowiedzieć to cholerne CZEŚĆ! - gdy to wyrzuciłam z siebie poczułam się trochę lepiej. Dalej buzowała we mnie złość, więc w tamtym momencie zupełnie nie przejmowałam się tym co zrobią, bo co mogli mi zrobić? Zabić na razie nie, bo mnie potrzebowali, albo tak przynajmniej się pocieszałam.

Nie czekając co powiedzą ruszyłam po schodach na górę. Dalej wkurzona otworzyłam z impetem drzwi i wparowałam do pokoju Liama, który podniósł automatycznie głowę.

-Dzień dobry skarbie, widzę, że jesteś w wyśmienitym humorze. - jego ton mówił, że traktuje to wszystko jako żart, również ten "słodki" zwrot.

-Daruj sobie. Chcę jak najszybciej wracać do hotelu. Gdzie są bandaże? - spytałam rozglądając się po pokoju.

-W komodzie.

Podeszłam do wskazanego mebla i w najwyższej szufladzie znalazłam to czego potrzebowałam. Wyjęłam jeszcze wodę utlenioną i plastry. Podeszłam do łóżka i uklękłam przy nim.

-Zdejmij koszulkę. - rzuciłam oschle, tak, ciągle byłam zła. Na szczęście chociaż on robił to co mu kazałam. Ściągnął koszulkę i podparł się na łokciach. Jak najszybciej i dokładniej umiałam zmieniłam opatrunki na świeże i zaczęłam zbierać zużyte.

-Już. -położyłam to wszystko na parapecie i usiadłam na fotelu. Sami niech to sobie sprzątają. Powoli zaczęłam się już uspokajać, teraz zaczynałam znowu odczuwać tę niezręczną ciszę.

-Jak się czujesz? Nieźle oberwałeś. - rzuciłam cicho.

-Bywało lepiej, ale nie lubię narzekać. - odparł już poważniejszym tonem. Coś w tym było, zdałam sobie sprawę, że przez te dwa dni ani razu nie jęknął, a jego obrażenia były poważne. - Dlaczego mi pomogłaś?

-Zabiliby cie, nie chodziło o ciebie, po prostu nie mogłabym żyć ze świadomością, że nic nie zrobiłam.

-To bez sensu, mogli i ciebie zabić, nie rozumiem dlaczego dobrowolnie wybrałaś bycie martwą. Każde życie jest lepsze, nawet z wyrzutami, w końcu by ci przeszło i żyłabyś normalnie. To chore co zrobiłaś. - pokręcił głową jakby dalej nie rozumiejąc tego co zrobiłam.

-Posłuchaj sama nie wiem, dlaczego tak postąpiłam. Nigdy nie byłam świadkiem czegoś takiego, zadziałała adrenalina, to był moment i zanim się zorientowałam stałam już między wami. - nagle poczułam się zmęczona. Chciałam wrócić już do domu, nie do hotelu, do domu w Manchesterze, do własnego pokoju.

-Jak się nazywasz? - zdziwiło mnie jego pytanie, w sumie nie wiem czemu, przecież oficjalnie się nie znamy, nie?

-Scarlette. A ty jesteś Liam Payne, tak, już to wiem- uprzedziłam jego kolejne słowa na co roześmiał się.

Wtedy do pokoju wpadła reszta chłopaków, ale była też z nimi jakaś dziewczyna, od razu zmierzyłam ją wzrokiem. Wysoka, długie nogi, figura modelki, brązowe fale kaskadą opadały jej na ramiona, a ciemne oczy patrzyły na Liama z niepokojem. Z miejsca jej nie polubiłam, była idealna. Przemawiała przeze mnie zazdrość, ale pieprzyć to, nie polubię jej.

-Jak się czujesz? - odezwała się z troską w głosie.

-Coraz lepiej, dziękuje Jen. - odpowiedział spokojnie brunet. Louis podszedł do niej i objął ją. Super, mamy słodką parkę, ciekawie czy wie co robi jej chłopak na co dzień.

-Wychodzimy, w razie czego dzwońcie.- powiedział Louis i ruszył w stronę drzwi.

-Pa chłopcy.

-Cześć Jen.- odpowiedzieli zgodnym chórem i nawet każdy uśmiechnął się do niej lekko. Oh, serio?!

Gdy tylko wyszli, mulat, chłopak w loczkach i blondyn przybrali poprzednie naburmuszone miny, na co zagotowało się we mnie. Ciszę przerwał dopiero Liam.

-A właśnie, to jest Scarlette. Scarlette, to jest Zayn, Harry i Niall- wymieniał po kolei pokazując na mulata, chłopaka w loczkach i blondyna. Cisza. Mało się nie roześmiałam w tamtym momencie. Nie odezwę się pierwsza, na pewno nie. Liam patrzył na nas zdezorientowany, a później pojawiła się w jego oczach złość.

-Co jest do kurwy nędzy?!

-Nie jest nam już potrzebna. Czemu nie może zniknąć?- powiedział prosto z mostu Harry.

-Gdyby nie ona, właśnie leżałbym zakopany kilka metrów pod ziemią!- był naprawdę zły.

-Ty i te twoje honorowe zasady. Ona tak uważa, jesteś potrzebny Donavanowi, poza tym, dobrze wiesz, że pomoglibyśmy ci.

-Nie było was tam, nie wiecie jak to wyglądało! Donavan tylko udawał, że się zastanawia, od początku chciał mnie zabić! Jeszcze 10 minut i by mu się udało, więc z łaski swojej zmieńcie nastawienie.

Wywrócili oczami i tyle ich obeszła jego złość. Zawsze to tak wygląda?

-Ktoś z was spodziewa się dziś gości?- spytał Niall wyglądając przez okno, wszyscy przecząco pokiwali głowami.- Więc kim jest ta dziewczyna pod naszymi drzwiami?

Każdy jednocześnie podszedł do okna. Odebrało mi mowę kiedy zobaczyłam wspomnianą dziewczynę.

-Co, do cholery, robi tu Izzy?

niedziela, 6 października 2013

Rozdział 2

Rozejrzałam się po samochodzie i ludziach w nim znajdujących się. Za kierownicą siedział brunet z dłuższymi włosami, a obok niego na miejscu pasażera chłopak z loczkami. Z tyłu razem ze mną był mulat i blondyn. Było ciemno, więc tylko tyle mogłam stwierdzić, nie widziałam nawet koloru ich oczu. Było nas za dużo, więc w sumie nawet nie siedziałam, a kucałam przy siedzeniach, z resztą podobnie zrobili moi dwaj towarzysze, wszystko, aby udostępnić miejsce do położenia się poszkodowanemu. Nie wyglądał dobrze, leżał z zamkniętymi oczami, miał dużego siniaka na skroni, spuchniętą wargę, a z długiego rozcięcia na policzku ciągle sączyła się krew.

-Miałeś się nie ruszać z klubu! Wiedziałeś, że się na ciebie czai- rzucił z wyrzutem prowadzący samochód nie odrywając oczu od drogi.

-Louis nie teraz. Później go opieprzymy, jak już wydobrzeje- odpowiedział mu szybko blondyn wpatrując się w leżącego.

Żaden z nich nie był typem grzecznego chłopca, nie byli cali wytatuowani, ale ich postawa i wyraz twarzy mówił, że nie należy z nimi zadzierać. Wiedziałam, że z dwojga złego wybrałam lepsze wyjście, ale rozumiem, czemu w ogóle mnie wzięli ze sobą, po co Payne zwrócił im o to uwagę. Tak, ciągle używałam jego nazwiska, bo imienia niestety nie znałam. Tak czy inaczej, mogli mnie zostawić i nie robić sobie problemu, więc czemu? Może chodziło o honor? W sumie udało mi się zyskać trochę czasu, widać mają jakieś zasady. Na razie byłam ignorowana przez wszystkich i jak najbardziej mi to odpowiadało, nie ukrywam, bałam się ich.

-Daleko jeszcze?-zapytał cicho nasz poszkodowany.

-Już jesteśmy, Liam- odpowiedział Louis.

Czyli tak miał na imię, dobrze wiedzieć. Wyjrzałam przez okno i zauważyłam, ze właśnie zajechaliśmy przed duży, dość luksusowy dom. Nie wiem czy chce wiedzieć, skąd oni wzięli kasę na ten dom, samochód i wszystko inne, przebiegło mi przez myśl. Louis wjechał do garażu i moi towarzysze w szybkim tempie wyskoczyli z samochodu ostrożnie pomagając wstać również Liamowi. Nie wiedziałam co mam robić, chodzić za nimi jak cień? Chyba lepsze to niż siedzenie nie wiadomo po co w samochodzie. Nie czekając dłużej wyszłam z samochodu i ruszyłam za nimi. Po przekroczeniu progu powitał mnie duży, jasny salon,  którego centralnej części znajdowała się czarna kanapa, ustawiona naprzeciwko sporej plazmy, a pomiędzy nimi mały szklany stolik. Podłogi były wykonane z ciemnego drewna, a ściany miały beżowy odcień. Całe to pomieszczenie było kontrastem barw. Dalej, połączona z salonem, znajdowała się jadalnia, a za nią nowoczesna kuchnia z wyspą kuchenną na środku, wszystko w tych samych barwach ci salon. Po prawej stronie były schody prowadzące na piętro. Wszystko było urządzone bardzo nowocześnie i gustownie, z charakterem.

-Jak już przestaniesz się gapić to przyjdź tu, możesz się przydać- odezwał się ze schodów Louis, jeśli dobrze pamiętam.

Zacisnęłam dłonie w pięści. Nienawidziłam gdy ktoś mówił mi co mam robić. Siedź cicho i rób co ci każą, nawet nie wiesz jak stąd trafić do hotelu, podpowiadał mi zdrowy rozsądek i tym razem go posłuchałam. Ruszyłam w stronę schodów i dalej za brunetem do jednego z pokojów. Ściany były tu w odcieniu ciemnej śliwki węgierki, a meble z jak wszędzie z ciemnego drewna, było tu nieco ciemno, ale również gustownie.
Podeszłam do grupki stojącej wokół łóżka, na którym leżał Liam. W słabym świetle lampki nocnej siniaki na jego twarzy wyglądały jeszcze gorzej, ale większe wrażenie robiły sine obszary na jego torsie. Miejscami były przecinane przez krwawiące rany. Spojrzałam po twarzach ludzi wokół mnie. Chyba nie bardzo wiedzieli co robić, bo tylko stali i przyglądali się chłopakowi. Ale dlaczego? Przecież wydawać by się mogło, że skoro prowadzą niebezpieczny tryb życia, to potrafią o siebie zadbać, prawda?

-Nikt mu nie pomoże?- spytałam retorycznie, za co zostałam spiorunowana wzrokiem przez 4 pary oczu.

-To Liam zawsze zajmował się obrażeniami, my... umiem opatrywać jakieś rozcięcia, ale nie stłuczenia czy złamania.- rzucił ze złością blondyn.

Przecież to chore! Można było przewidzieć, że kiedyś to on będzie potrzebował pomocy i co wtedy?
-No właśnie widzisz co wtedy.- odpowiedziałam sama sobie. Naprawdę nie mogłam sobie wyobrazić jak można być takimi ignorantami, to chore. Westchnęłam no to chyba lekcje PO, w końcu się przydadzą.

-Przynieście jakieś bandaże, gazy, wodę utlenioną, plastry, lód w kostkach i ręczniki.-powiedziałam spokojnie. Nie wiedziałam czy sobie poradzę z tym wszystkim, ale i tak będę lepsza niż oni. Tego byłam pewna.

Spojrzeli po sobie i jakby chcieli coś powiedzieć, ale w końcu zrezygnowali i wyszli z pokoju. Widać nie bardzo lubili robić, tego co im się każe. Oh, to jesteśmy kwita. Pomyślałam ze złośliwością.

Ściągnęłam kurtkę, rzuciłam ją na stojący obok fotel i przykucnęłam obok łóżka. Byłam lekko zdenerwowana, za dużo ode mnie zależało, nie mogłam teraz spanikować. Reszta chłopaków wróciła po chwili z rzeczami, o których mówiłam i rozłożyli je na podłodze obok mnie, po czym odsunęli się robiąc mi miejsce. No to lecimy.

Wzięłam gazę i wodę utlenioną i przemyłam nimi dokładnie rany. To dziwne, że ciągle krwawiły. Wyrzuciłam zużyte i wzięłam nowe gazy układając na ranach i zaklejając plastrami. Powinny wsiąknąć krew.
Dobra, teraz stłuczenia. Nacisnęłam lekko na żebra, przez co Liam momentalnie skrzywił się. Kątem oka zauważyłam, że mulat zrobił ruch, jakby chciał podejść do mnie, ale chłopak w loczkach przytrzymał go ręką. Dobre posunięcie, nie radzę wwalać mi się w robotę, przebiegło mi przez myśl. Chciałam jak najszybciej skończyć, wracać do hotelu i jak najszybciej zapomnieć o wszystkim, ciesząc się wyjazdem.
Wzięłam lód i owinęłam go w dwa ręczniki. Jeden położyłam na brzuch, a drugi na żebrach poszkodowanego. Prawie od razu dostał gęsiej skórki. Powinno trochę złagodzić ból, tak przynajmniej było napisane w podręczniku. Miałam tylko nadzieję, że żebra nie były złamane, bo nie wiedziałam jak to opatrzyć, na tym kończyły się moje umiejętności pielęgniarskie. Po około 15 minutach, gdy chłopak dostał pierwszych drgawek z zimna, odłożyłam lód i wzięłam bandaże. Odwróciłam się w stronę reszty.

-Potrzebuję pomocy dwóch z was.- niemal od razu znaleźli się przy mnie wcześniej wspomniany mulat i Louis.- przytrzymajcie go z dwóch stron i podnieście trochę, ale ostrożnie.

Zrobili dokładnie to co powiedziałam zachowując pełną ostrożność. Jak najszybciej i dokładniej mogłam owinęłam bandażem żebra i tors chłopaka.

-Już- położyli go z powrotem i przykryli kołdrą, podczas gdy ja zbierałam poskładałam cały ten arsenał pierwszej pomocy.- Proponuję, żeby ktoś przy nim był przez całą noc, gdyby miał drgawki przykryjcie go dodatkowymi kocami, a w razie gorączki zróbcie okłady z lodu. No i jutro koło wieczora zmieńcie mu opatrunki, do tej pory powinien się już trochę lepiej czuć.

Wypowiedziałam wszystko konkretnym tonem, założyłam kurtkę i ruszyłam w stronę drzwi.

-A ty gdzie się niby wybierasz? Nigdzie nie idziesz.- rzucił chłopak w loczkach.

-Nie przyjechałam tu, żeby opiekować się rannymi w jakiś głupich bójkach. Jutro zamierzam zwiedzać i cieszyć się wyjazdem, udając, ze dzisiejszy wieczór nie miał miejsca.

-Nie zapominaj, że żyjesz dzięki nam, mogliśmy cię tam zostawić- włączył się do rozmowy blondyn.

-Gdyby nie ja, on już dawno by nie żył- odgryzłam się wskazując głową na leżącego bruneta.

-Zrobimy tak. Jutro w dzień poudajesz sobie co chcesz i będziesz robić co ci się podoba, ale wieczorem przyjadę po ciebie i pozmieniasz te opatrunki i zrobisz co należy. A teraz chodź, odwiozę cię- powiedział zwięźle Louis i już ruszył w stronę drzwi. Jego ton mówił, że nie przyjmuje sprzeciwu. Zdusiłam w sobie krzyk bezradności i wyszłam za nim z pokoju nic nie mówiąc. Wsiadłam do samochodu, który stał już na podjeździe.

-Gdzie się zatrzymałaś?

-Gloucester Place 55.

Droga minęła nam bez słowa. Jakoś nie miałam ochoty rozmawiać z ludźmi, którzy mnie do czegoś zmuszają. Nawet nie wiem o czym mielibyśmy niby rozmawiać. W końcu dojechaliśmy pod hotel.

-Będę o 20- rzucił krótko.

Wyszłam z samochodu dalej milcząc i ruszyłam w stronę hotelu nie oglądając się. Do pokoju weszłam dokładnie tak jak z niego wyszłam. Całe szczęście bliźniaczki smacznie spały. Poszłam do łazienki, wzięłam szybki prysznic i po około 15 minutach leżałam w łóżku starając się zasnąć. W co ja się wpakowałam? Powinnam była po prostu pójść spać, wszystko byłoby inaczej. 


*

Mamy drugi rozdział. Powstawał dość szybko, kolejny będzie pewnie dopiero pod koniec tygodnia. Dziękuje za wszystkie wejścia i proszę o komentarze, naprawdę chciałabym wiedzieć co myślicie, no i wprowadzić ewentualne zmiany, jeżeli coś wam się nie podoba. Proszę piszcie! xx 

piątek, 4 października 2013

Rozdział 1

 Poczekałam, aż moje obecne współlokatorki zasnął, po czym szybko zamieniłam piżamę na normalne ubrania - w końcu musiałam stwarzać pozory, że zamierzam się normalne kłaść spać - po czym podeszłam do okna i wyjrzałam przez nie. Nie, niestety nie było tu żadnego drzewa, po którym mogłabym zejść na dół. Stałam tak chwilę oparta o parapet, zastanawiając się jak niby mam się stąd wydostać. Dopiero po chwili zauważyłam starą, metalową, zardzewiałą i zapewne dawno nieużywaną drabinkę przyczepioną do ściany budynku, prawdopodobnie przeciwpożarową. Nie żeby jej "stopnie" były jakieś bardzo duże, w myślach miałam już miliony scenariuszy jak z niej spadam i się zabijam na każdy możliwy sposób. Przełknęłam ślinę i weszłam na pierwszy stopień najbliżej parapetu, na którym obecnie się znajdowałam. Z wielką ostrożnością stawiałam każdy krok w myślach przeklinając fakt, że nie rośnie tu żadne drzewo, po którym można by "normalnie" zejść. Na wakacjach u babci zawsze wspinałam się na drzewa z przyjaciółmi, więc miałam w tym wprawę, a to coś? Nie dość, że śliskie to jeszcze zardzewiałe, przy każdym kroku metal wydawał ostrzegawczy zgrzyt, który sprawiał, że starałam się przyspieszyć. W końcu moja stopa dotknęła ziemi czemu towarzyszył głęboki oddech ulgi. 

-Lekcja pierwsza: nigdy nie wierz w te wszystkie opowieści, w prawdziwym życiu drzewa nie rosną przy oknach pokoi dziewczyn, aby te mogły się łatwo wymykać nocą. - mruknęłam pod nosem. 

Widzicie, pierwszy dzień i już się czegoś nauczyłam, mówiłam mamie, że ta wycieczka będzie po części też edukacyjna i znowu miałam rację. Z samozadowoleniem, które towarzyszyło mi odkąd dotknęłam ziemi, ruszyłam w strony bliższe centrum. Nie znałam miasta, to oczywiste, nawet nie do końca wiedziałam, czego szukam. Knajpy? Kawiarni? Pubu? Nocnego klubu? A może Big Bena? W sumie to pewnie od tego ostatniego powinnam zacząć, w końcu to wizytówka Londynu. Ale to i tak zobaczę jutro. Siedzenie samej w jakiejś knajpie czy w innym tego typu miejscu raczej nie miało sensu, czułabym się żałośnie. Powoli zaczynałam żałować, że nie wzięłam ze sobą bliźniaczek. Przynajmniej nie byłabym sama. Ale teraz było za późno, a nie po to gimnastykowałam się na tej drabince, żeby teraz tak po prostu wrócić, więc z braku lepszych możliwości ruszyłam ulicami Londynu, aby poznać go z innej strony, niż na pocztówkach. W końcu to miasto to nie tylko kościoły, pomniki i muzea. A zanim zdecyduję się tu przeprowadzić powinnam zobaczyć coś poza tym. 

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to ogromny tłum, w końcu była niedziela. Ludzie korzystali z wieczoru ostatniego dnia weekendu, aby nabrać sił na kolejny ciężki tydzień pracy. Nie znajdowałam się w samym centrum, ale niedaleko niego, więc było tu nieco spokojniej, ale ciągle ciekawie. Usiadłam na ławce i zaczęłam to wszystko obserwować. W oddali grała muzyka, pewnie nie daleko znajdował się klub nocny. Jakaś para właśnie się całowała, jedno nie widziało nic poza drugim aż miło było popatrzyć na miłość malującą się w ich oczach. Po drugiej stronie mężczyzna na oko przed pięćdziesiątką szedł pospiesznie w stronę stacji metra. W jednym ręku trzymał małą walizkę, a w drugiej telefon. Może właśnie wyjeżdżał w dłuższą podróż? Może w domu zostawił żonę, która spędzi cały tydzień sama? Z dużych, szarych drzwi wyszło dwóch ochroniarzy robiących sobie przerwę na papierosa. Postawą przerażali, ale ich twarze raczej nie wyrażały wrogości, bardziej znudzenie, jakby czekali aż ich praca dobiegnie końca. W sumie pewnie tak było. No i oczywiście w bramie stała grupka "złych nastolatków". Nie wyglądali na starszych ode mnie, wręcz przeciwnie dałabym im najwyżej 16 lat. Niektórzy z nich popijali piwo, inni palili papierosy. Wow, jacy odważni, ale jak przychodzi co do czego to szybko milkną lub uciekają, typowe. Za to innych czterech gości około dwudziestki, stojących przy czarnym bmw, ich można się bać. Zdecydowanie nie chciałabym im podpaść. Napakowani, pewni siebie z wyrazem twarzy mówiącym: "spierdalaj póki możesz". Stali trochę w cieniu, tak, że można by ich przeoczyć na pierwszy rzut oka. 
Obok nich, przechodził wysoki brunet.

 Wtedy stało się coś czego na pewno się nie spodziewałam. Jeden z podejrzanych typów, oparty o ścianę leniwie kiwną stronę dwóch stojących przy samochodzie. Wyglądał na ich szefa. Wcześniej wspomnieni dwaj w szybkim tempie złapali za barki bruneta i wciągnęli go głęboko w zaułek. Nie mogłam tak po prostu odejść, chociaż właśnie to podpowiadał mi rozum, powinnam zwiewać i zapomnieć o całym wydarzeniu, ale moja ciekawska natura wzięła górę i zanim to do mnie dotarło już szłam w stronę uliczki. Na początku obawiałam się, że będzie to dziwnie wyglądało z punktu widzenia przechodniów, ale dotarło do mnie, że ludzie starają się ignorować to co widzą, po prostu żyją w swoim świecie. Chyba trafiłam do nieodpowiedniej dzielnicy, ale teraz już za późno. Wśliznęłam się w cień i przykucnęłam za czarnym bmw, patrząc na ten samochód wydawało mi się, że nawet on patrzy na mnie groźnie, to chore. Potrząsnęłam lekko głową, aby pozbyć się zbędnych myśli i skupiłam się na akcji rozgrywanej na moich oczach, z tego punktu mogłam nawet usłyszeć o czym rozmawiają.

-Znowu masz kłopoty, Payne. A mówiłem ci, że masz po prostu trzymać się z daleka, ale jak zwykle nie posłuchałeś- mówił pozbawionym emocji głosem ich szef, jak się domyślałam. 
Payne, bo widać tak się nazywał chłopak, a może to nazwisko? Tak, na pewno to musi być nazwisko. Tak czy inaczej, chłopak tylko uśmiechnął się łobuzersko i wzruszył ramionami.

-To było pewne, że jeszcze nieraz wejdziemy sobie w drogę, Donavan - odpowiedział mu lekceważąco, co jeszcze bardziej rozdrażniło tego typa. Szybko wyrzucił papierosa i podszedł niebezpiecznie blisko do Payne'a i złapał go za koszulkę. 

-Posłuchaj, bo nie będę się powtarzał. Nasze... interesy, załatwiamy między sobą. Jeszcze raz choćby dotkniesz mojej siostry to znajdę cię i poddam takim torturom, że będziesz błagał o śmierć, a jak już z tobą skończę to ta nędzna grupka, którą nazywasz przyjaciółmi, nie pozna twoich zwłok. Gdyby nie to, że mam interes w tym, żebyś przynajmniej przez najbliższy tydzień żył, już dawno leżałbyś zakopany - wszystko to mówił bardzo wolno i wyraźnie. 

Jednak co dziwne, brunet nawet się nie przestraszył, dalej miał ten pewny siebie uśmieszek i jakieś iskierki rozbawienia w oczach. Osobiście dostawałam gęsiej skórki jak tego słuchałam, a przecież te słowa nawet nie były skierowane do mnie. 
Donavan puścił chłopaka i nieznacznie kiwnął głową i w tym samym momencie doskoczyli do swojej "ofiary" wymierzając mu cios w twarz, a potem kolejny w brzuch, przez który zgiął się wpół. 

-Chociaż może poradzę sobie bez ciebie? Nie jesteś niezastąpiony. Wykończcie go.

Wyląduje na oiomie, na pewno. Nie, zabiją go, na pewno go zabiją. On zginie i to na moich oczach. Te wszystkie myśli kołatały się w mojej głowie. Nie powstrzymam ich sama, ale może chociaż uda mi się na chwilę odwrócić ich uwagę? Nie mogę przecież zadzwonić na policję, to chore. Najwyżej zacznę krzyczeć, przecież jakieś 80 metrów dalej tętniło życie. Po kolejnym kopniaku, który powalił chłopaka na kolana byłam pewna co mam zrobić. Nie mogłabym spojrzeć na siebie przez resztę, życia gdybym nie spróbowała czegoś zrobić. Zanim pojawiła się kolejna myśl w mojej głowie już stałam między nimi. No to się wpakowałaś, idiotko. Ciekawe co teraz zrobisz. Niemal od razu po moim super przemyślanym posunięciu, przyszło mi to do głowy, ale było już za późno. Przybrałam dość pewną siebie minę i zadarłam wyżej podbródek, aby tylko wyglądać na mniej przestraszoną niż byłam w rzeczywistości. 

-To by było na tyle- rzuciłam cicho, ale pewnie. 
Byłam zadowolona, że głos mi nie zadrżał, bo to od razu by mnie zdradziło. Niestety bardziej zdziwiony był Payne, niż ci frajerzy. 

-Tak, ratuję ci dupę, ale pewnie, źle na tym wyjdę, nie wiem po co w ogóle stamtąd wychodziłam - wypowiedziałam to bardzo szybko i cicho, tak aby tylko on to usłyszał. Na co spojrzał tylko na mnie z dezorientacją w oczach, nic dziwnego, sama nie rozumiałam swojego zachowania.

Naprawdę żałowałam, powinnam właśnie spać słodko w hotelu i odpoczywać przed jutrzejszym zwiedzaniem, ale dla rozrywki musiałam wpakować się w środek bójki, ot tak, przecież co mi zależy. 
Napastnicy raczej nie byli aż tak zaskoczeni jak mi się wydawało, że będą. Jasne odruchowo cofnęli się o krok, ale oczywiście z zaskoczenia, które minęło i gdyby wzrok mógł zabić już byłabym martwa.

-Aż tak bardzo chcesz mieć posiniaczoną buźkę? Jest tego wart? 
Nie odpowiedziałam na to, bo co miałabym powiedzieć? Nawet go nie znałam. Idiotka. Teraz w najlepszym wypadku wylądujesz w szpitalu. Brawo za inteligencję pochwaliłam się z sarkazmem w myślach. 
-Jak uważasz - rzucili groźnie i już szli w naszą stronę.

Stałam tam sparaliżowana strachem. Nie mogłam oszacować ile minęło czasu, odkąd wyszłam ze swojej kryjówki. 30 minut? Tyle udało mi się zyskać? Czekałam już tylko na uderzenie, ale wtedy zrobiło się zamieszanie. Nagle jakiś samochód wpadł z piskiem opon w zaułek i wyskoczyło z niego 4 chłopaków miej więcej w wieku Payne'a. Zadali kilka ciosów zdezorientowanemu Donavanowi i jego bandzie, po czym szybko wpakowali bruneta do samochodu.

-Ona też jedzie z nami - rzucił poobijany chłopak krótko.
Jego koledzy byli równie zdziwieni co ja. Rzucili krótkie "wsiadaj", a ja nie mając lepszego wyjścia, wsiadłam do samochodu z obcymi chłopakami i odjechaliśmy z piskiem opon. 
Cudownie zaczynam ten wyjazd, nie ma co.  

czwartek, 19 września 2013

Prolog


Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Czy właśnie siedziałam  w autokarze do Londynu? Tak przynajmniej mówią. Czy dotarło do już, że za 24 godziny będę w tym pięknym mieście? Ani trochę. Ciągle uważam to za jeden wielki żart, który ktoś mi wykręcił. Z drugiej strony, zawsze o tym marzyłam, więc ta podróż to jedno wielkie: O MATKO! Ludzie wokół mnie narzekali, że to tyle godzin, że nie chce im się, lepiej byłoby polecieć samolotem i inne takie, na co ja odpowiadałam, że chyba zapominają, gdzie jadą, że cel jest zdecydowanie warty podróży, no bo w końcu to Londyn, prawda? Tak uwielbiam to miasto. Nie, nie wiem dlaczego. Pozostawało tylko modlić się, żeby podróż minęła jak najszybciej.
***
-Jesteśmy na miejscu, proszę o spokojne odebranie bagaży i zakwaterowanie się w pokojach.- głos przewodniczki zabrzmiał w głośniku. Szybko złapałam swoją walizkę i gdy tylko mogłam, wręcz pobiegłam do mojego pokoju. Spokojnie? Tak jasne, niech nawet o tym nie myślą. Przez najbliższy tydzień miałam mieszkać z kuzynkami - bliźniaczkami w wieku 18 lat, jednak całkowicie się różniącymi. Anne była na pewno spokojniejsza, wiedziała czego chce i do tego dążyła, czasami po trupach, zdecydowanie nie można jej było nazwać też szarą myszką. Izzy była o wiele bardziej zakręcona i roztrzepana, miała określone cele, ale z łatwością mogłyby się one zmienić gdyby tylko wpadła nagle na nowy genialny pomysł. W sumie to nawet się cieszyłam, bo dobrze się z nimi dogadywałam. Ta ostatnia myśl pojawiła się dokładnie gdy otwierałam drzwi do pokoju. Rzuciłam walizkę w kąt i od razu pobiegłam do okna. Mieszkaliśmy trochę na obrzeżach, więc mogliśmy podziwiać miasto z oddali, co było na prawdę cudowne. Te wszystkie światła, odgłosy klaksonów, gdzieś jechała karetka na sygnale, niby odgłosy jak w każdym mieście, ale dla mnie wszystko tu było niezwykłe. Nie mogłam się doczekać kiedy znajdziemy się w samym sercu Londynu, ale do tego musiałam poczekać aż do jutra. bo na dzisiaj nie przewidziano już żadnych "atrakcji". Jeszcze raz spojrzałam na miasto w oddali i zrozumiałam, że nie wytrzymam do jutra. Muszę wyjść dzisiaj. 
-Nie po to tu przyjechałam, żeby siedzieć w hotelu.- szepnęłam pod nosem i wtedy zapadła ostateczna decyzja.
*

Więc tak krótka informacja: na razie ten wstęp i historia mogą się wydawać jak każda słitaśna historyjka, nie chcę mówić, że 'ten blog jest inny', ponieważ każdy lubi coś innego. Ale mogę zapewnić, że to nie będzie coś  w stylu, że główna bohaterka spotka popularne 1D i się zakocha, w którymś z nich i będą słodką parką. Obiecuję, przynajmniej nie po 5 rozdziałach. Jeśli chcecie zobaczyć, jak to wszystko się ułoży to zachęcam to dalszego czytania.

czwartek, 12 września 2013

Witam wszystkich! 
Przeczytałam wiele fanfiction i przyznam, że zawsze chciałam napisać coś swojego, ale nigdy nie miałam dobrego pomysłu, ten podsunęła mi pewna ważna osoba, nie wiem czy wam się spodoba i chcę, żebyście wiedzieli, że jeżeli coś wam się nie będzie odpowiadało, to chętnie wysłucham tego i możliwe, że to zmienię. Tylko mowa tu o konstruktywnej krytyce, a nie o zwykłych hater'ach. Więc zapraszam do czytania i komentowania. 
Pozdrawiam,
 xx, Lottie.